W Pogonii za Kolorami: Odnaleźć Siebie
Nadmorska gra miejska i pasek prawdy
Czytaj →
Sosny szumiały jak morskie fale, gdy szóstka przyjaciół rozwijała swoje namioty.
Nia Johnson uklękła na miękkim od igieł podłożu i wygładziła szarą płachtę. "To jest podkład" - powiedziała, sprawdzając brzegi. "Dzięki niemu spód będzie suchy".
Pani Rivera uśmiechnęła się szeroko. "Idealny początek. Najpierw podkład, potem stelaż, rękawy, klipsy i tropik".
Ben podniósł worek ze stelażem jak sztangista. "Ja tu robię za mięśnie" - zażartował, nadymając policzki.
Mei ułożyła sprzęt na bandanie: śledzie, młotek, latarki czołowe. "Kiedy wszystko leży w rzędzie, ma to sens" - powiedziała.
Arjun rozłożył mapę pola namiotowego i śledził szlaki palcem. "Jutro spróbujemy tej pętli" - powiedział z błyskiem w oku.
Lila przechyliła głowę. "Słyszycie to ćwierkanie? To sikorka. I jeszcze coś skrzeczy... może wiewiórka".
Sami poruszył palcami. "Moje węzły są gotowe do akcji".
Nia lubiła być ostrożna. Bez pośpiechu wsunęła oznaczone kolorami rurki przez materiałowe rękawy. Klik, klik, klik. Namiot kopułowy uniósł się jak bańka. Kiedy założyła tropik, naciągnęła linki odciągowe tak, aż delikatnie zagrały na wietrze. Linki proste, śledzie pod kątem - dokładnie tak, jak ćwiczyli w szkole.
Pole namiotowe w Whispering Pines Park pachniało żywicą i wilgotną ziemią. Światło słoneczne migotało między gałęziami. Echo niosło krzyk sójki. Po rozbiciu namiotów, pani Rivera uczyła o bezpieczeństwie przy otoczonym kamieniami miejscu na ognisko. "Żadnych zbłąkanych iskier, żadnych wielkich stosów" - powiedziała. "Pokażcie mi, jak bezpiecznie zbierać rozpałkę".
Zbierali tylko opadłe gałązki, nie grubsze od kciuka. Lila znalazła suche patyki pod krawędzią kłody. "Łamią się gładko" - powiedziała.
Sami zawiązał węzeł płaski wokół zebranej wiązki. Jego ręce poruszały się szybko, ale precyzyjnie. "Lewy nad prawym, prawy nad lewym" - powiedział, pociągając za końce.
Nia kucnęła przy kuchence turystycznej razem z Mei. Duży garnek zaczął się nagrzewać. Wkrótce wegetariańskie chili już bulgotało - fasola, pomidory, kukurydza i czerwona papryka. Zapach rozchodził się po obozie jak ciepły kocyk.
Ben stabilnie trzymał patelnię na ciasto kukurydziane. "Nie martwcie się, drużyno" - powiedział. "Będę dzielnie trzymał tę patelnię".
Arjun sprawdził czas. "Jeszcze dziesięć minut" - zgadł, a potem spojrzał w niebo. "Czyste niebo na wieczór. Na pewno będą gwiazdy".
Jedli wokół stołu piknikowego, machając nogami. Chili było gęste i rozgrzewające. Chlebek kukurydziany chrupał z wierzchu, a w środku parował. Nia obserwowała twarze pozostałych. Lila wystukiwała łyżką rytm wiatru. Mei od razu wytarła stół. Ben poprosił o dokładkę, a potem o jeszcze jedną.
Po zmywaniu wsunęli na siebie kurtki i usiedli na piętach, ogrzewając dłonie kubkami z kakao. Pani Rivera wskazała w górę czerwoną wiązką latarki. "Ta jasna? To Wenus. A tam - pas Oriona".
Arjun połączył gwiazdy palcem. "Jeśli znajdziemy Gwiazdę Polarną, znajdziemy północ".
Nia nakreśliła w powietrzu Wielki Wóz. Kakao smakowało słodko i czekoladowo. Noc wydawała się ogromna, ale przyjazna.
Poranek nadszedł ze śpiewem ptaków i chłodnym powietrzem. Zapakowali wrapy z hummusem i warzywami, plasterki jabłek oraz pełne butelki z wodą. Arjun prowadził z mapą i kompasem kołyszącym się na sznurku. Szlak wił się wśród paproci, mijając mały strumień z drewnianą kładką.
"W lewo przy sośnie z blizną" - powiedział Arjun, sprawdzając azymut. Mei zawołała: "Dobrać się w pary!" i stanęła z Lilą. Ben i Sami szli razem. Nia szła blisko Arjuna, obserwując, jak układa się igła kompasu.
Chmury zebrały się wcześnie, układając się w stosy jak szare poduszki. Powietrze stało się gęste. Kropla spadła na policzek Nii. Kolejna plusnęła na jej nadgarstek.
"Nadciąga burza" - powiedziała Lila, nasłuchując. "Słyszycie to dalekie dudnienie?"
Wiatr potrząsnął koronami drzew. Lunął zimny i nagły deszcz. "Kurtki przeciwdeszczowe!" - zawołała Mei, rozdając je ze swojego uporządkowanego plecaka.
Ben wepchnął zalaminowaną mapę do kieszeni, ale dziki podmuch wiatru zaszumiał i wyrwał ją na wolność. Mapa poszybowała, koziołkując, po czym zniknęła w dole zbocza w kierunku strumienia.
"Moja kieszeń mnie zdradziła!" - krzyknął Ben, w połowie śmiejąc się, w połowie zszokowany.
Pośpieszyli w stronę kładki, ale w poprzek leżał świeżo złamany konar, blokując drogę. Strumień, niegdyś cichy i mały, wezbrał stając się brązowy i rwący.
Głos pani Rivery pozostał spokojny. "Jestem tu i jestem bezpieczna. Wy przejmujecie dowodzenie. Co robimy najpierw?"
Mei wzięła głęboki oddech. "Schronienie. Potem sprawdzamy ekwipunek."
Sami skinął głową, wyciągając już niebieską plandekę i sznurek. "Tam są dwa dobre pnie" - powiedział, wskazując palcem. Zawiązał węzeł namiotowy wokół jednego drzewa, jego palce były pewne nawet w deszczu. "Regulowany. Mocny."
Ben przytrzymał główną linkę, podczas gdy Sami ją naciągał. Lila poprowadziła linki narożne wokół niskich korzeni. Plandeka zatrzepotała na wietrze, a potem uspokoiła się, odprowadzając deszcz niczym srebrne prześcieradła.
Pod schronieniem uklękli w kółku. Woda bębniła nad nimi. Nia ostrożnie rozpięła swój plecak. "Apteczka, sucha". Nacisnęła torbę. "Kuchenka i paliwo, w porządku".
"Mapa zniknęła" - powiedział Arjun z zaciśniętą szczęką. Trzymał kompas w dłoni jak małą obietnicę. "Ale mogę wyznaczyć kierunek. Obóz jest na północny wschód od ostatniego znacznika".
"Ciepło pomaga w myśleniu" - powiedziała pani Rivera, wręczając im swój kempingowy garnek. "Kto zajmie się szybką zupą?"
"Ja to zrobię" - powiedziała Nia cichym, ale pewnym głosem. Zapaliła kuchenkę od iskry. Wkrótce zaczęła unosić się para. Słony zapach zupy z makaronem otulił ich ze wszystkich stron. Dzielili się łykami, z dłońmi złożonymi w łódeczkę. Ich ramiona opadły z ulgą. Oddech się uspokoił.
Deszcz trochę zelżał. Lila wyjrzała poza brzeg plandeki. "Tam w górze rzeki jest zakręt. Woda rozlewa się szerzej i wygląda na płytszą".
Mei cicho klasnęła. "Znowu w pary. Idziemy razem. Ben, niesiesz linę grupową. Sami, ty zajmujesz się węzłami".
Arjun ustawił kompas i wskazał kierunek. "Północny wschód to w tamtą stronę, na drugą stronę i pod górę".
Dotarli do zakrętu. Strumień wciąż pędził, ale tutaj był spokojniejszy. Wtedy Nia to zobaczyła - błysk plastiku zaczepiony na niskiej gałęzi po drugiej stronie wody. Róg zalaminowanej mapy trzepotał jak mała flaga.
"Widzę mapę" - powiedziała, dotykając rękawa Mei i pokazując palcem. "Niska gałąź, dwie długości ramienia nad wodą".
Ben zmrużył oczy. "Masz sokoli wzrok, Nia".
Pani Rivera uklękła obok nich. Deszcz kapał z ronda jej czapki. "Przedstawcie mi bezpieczny plan".
Sami rozwinął linę. "Rozciągniemy linę poręczową między tamtymi dwoma drzewami" - powiedział, kiwając głową w stronę pni na obu brzegach. "Zrobimy węzły namiotowe, żeby móc ją naciągnąć".
"Mogę pierwszy przeczołgać się z plecakami" - powiedział Ben. "Będę miał niżej środek ciężkości".
Mei podniosła dwa palce. "Zapinamy się karabinkami. Po jednej osobie. Bez pośpiechu".
"Ja zrobię hak na mapę" - dodała Nia. Znalazła prosty patyk, ostrożnym nadepnięciem zgięła mały śledź namiotowy, a następnie przymocowała go jasną taśmą naprawczą z zestawu Mei. Jej ręce się trzęsły, ale tylko odrobinę.
Podczas gdy pani Rivera obserwowała i ubezpieczała z brzegu, Sami solidnie przywiązał linę. Pociągnął, przetestował i wyregulował tak, że aż zadźwięczała w powietrzu. Ben wpiął się i poczołgał na brzuchu po błocie, popychając plecaki przed sobą jak powolne żółwie. Woda ochlapała jego rękawy, ale wciąż się uśmiechał. "Jestem wydrą rzeczną!" - ogłosił.
Lila czekała, patrząc na nurt. "Spokojnie" - mruknęła, wsłuchując się w pieśń wody, jakby mogła ją przed czymś ostrzec.
Kiedy przyszła kolej Nii, wpięła się i powoli posunęła naprzód, czując pod rękami mocną linę. Strumień syczał wokół kamieni. Jej kolana były mokre i zimne, ale jej oddech pozostawał miarowy. Na drugim brzegu kucnęła przy niskiej gałęzi. Powoli wysunęła kij z hakiem nad rwącą wodę.
"Jeszcze trochę w lewo" - zawołał cicho Arjun, obserwując kąty zupełnie jak linie na mapie.
Nia wsunęła hak pod zagięty róg i uniosła. Mapa obróciła się, uderzyła o wodę i zsunęła się. Żołądek Nii zwinął się w supeł - ale zaraz hak znów chwycił. Prowadziła go bardzo powoli, aż mapa spoczęła na błocie. Docisnęła ją kijem i podciągnęła do góry jak naleśnika z patelni.
Mei wiwatowała. "Tak!"
Wrócili na drugą stronę, po jednej osobie, wpięci karabinkami, poruszając się płynnie i pewnie. Ostatni przeszedł Sami, który zabezpieczył końcówki węzłów, a następnie rozwiązał ostatnie mocowanie swoimi mokrymi, zręcznymi palcami.
Arjun wytarł mapę rękawem. "Wciąż czytelna" - powiedział z uśmiechem. "A więc kierunek: północny wschód".
Szli w parach, podążając za kierunkiem Arjuna w górę wzgórza. Igły amortyzowały ich kroki. Deszcz osłabł, zmieniając się w mgłę. W końcu jasne kształty namiotów ukazały się między pniami niczym przyjazne latarnie.
Ben wydał radosny okrzyk. Lila roześmiała się miękkim trelem, przypominającym śpiew ptaków, które tak kochała.
Po powrocie do obozu powiesili mokre ubrania na lince rozpiętej między drzewami i rozwarli buty patykami, żeby przeschły. Pani Rivera rozdała im zawiniątka z folii aluminiowej. "Są jacyś pomocnicy do kolacji?"
Nia wycisnęła cytrynę na ryż w garnku i wymieszała go z czosnkiem. Unoszący się zapach był wyrazisty i słoneczny. Sami szczelnie zamknął foliowe zawiniątka z kawałkami grillowanego kurczaka dla jednych i grzybami dla pozostałych. Ben ostrożnie wsunął je na ruszt. Zawiniątka skwierczały i pykały. Gdy je otworzyli, para uniosła się w górę niczym dobre życzenia.
Jedli owinięci w suche bluzy z kapturem, ogrzewając palce u stóp przy słabym blasku węgli. Nikt się nie spieszył. Wsłuchiwali się w nawzajem w swoje żarty i w ciszę.
Wiatr powrócił po zmroku. Prześlizgiwał się między sosnami z przeciągłym "huu-huu". Nia zesztywniała, ale zaraz zobaczyła uśmiech Lili.
"Sowa puszczyk" - szepnęła Lila. "Słyszeliśmy ją wcześniej w pobliżu strumienia".
"Brzmi, jakby pytała: 'Kto wam go-tu-je?'" - powiedział Ben zabawnym głosem. Wszyscy zachichotali.
Wewnątrz namiotów deszcz wystukiwał lekki rytm. Nia zapięła śpiwór i położyła się na boku. Jej stopy były suche. Czuła ciepło na twarzy. Pomyślała o trzęsącej się niebieskiej plandece, napiętej linie przeciągniętej nad wodą, pewnych węzłach Samiego, igle kompasu Arjuna, spokojnych planach Mei, bystrym słuchu Lili, odważnym czołganiu się Bena. Wyobraziła sobie własne ręce podnoszące kij z hakiem - powoli i pewnie.
"Dobra robota dzisiaj" - zawołała cicho pani Rivera ze swojego namiotu. "Prawdziwi z was liderzy".
Nia nie odpowiedziała. Zamiast tego uśmiechnęła się w ciemność. Zmartwienia wydawały się teraz mniejsze, jak kamyk w kieszeni zamiast głazu na piersi. Burza nie zniknęła tylko dlatego, że tego pragnęli. Po prostu razem użyli tego, co wiedzieli i co mieli pod ręką.
Na zewnątrz sowa ponownie pohukiwała. Sosny odpowiedziały falą delikatnego dźwięku. Oczy Nii zamknęły się i odpłynęła w sen - dumna, spokojna i gotowa na wszystko, co mógł przynieść jutrzejszy wiatr.
Jednodniowy wyścig, burza i wybór, który miał znaczenie
Czytaj →
Tydzień, w którym wskazówki – i odwaga – ułożyły się w spójną całość
Czytaj →