Leila i Przygoda bez Etykiet
Miejska gra, w której każdy element ma znaczenie
Czytaj →
Jamal myślał, że podchody wszystko naprawią - dopóki Ben nie przestał pedałować i nie chciał spojrzeć mu w oczy.
Sobotnie słońce odbijało się od szklanych drzwi biblioteki. Dzwonki rowerowe dzwoniły jak ciche okrzyki radości. Wolontariusze przy stoliku rejestracyjnym machali mapami z jaskrawymi strzałkami i gwiazdkami. Jamal usiadł na rowerze i uśmiechnął się do swojego najlepszego przyjaciela.
Sznurówki Bena dyndały rozwiązane. Ukląkł, żeby je zawiązać, a jego palce powoli zmagały się z supełkami. - Tak - powiedział, nie podnosząc wzroku. Kask miał na głowie krzywo, jakby zapomniał, jak to jest być prosto.
Ustawili się za rzędem drużyn ze starszych klas. Jamal wciągnął zapach kremu do opalania i smaru do łańcucha. Stuknął dwa razy w kierownicę, tak jak zawsze robił przed jazdą. Ben zwykle odpowiadał tym samym. Dziś cisza.
Pani Ortiz, ich wychowawczyni i dzisiejsza trenerka, dmuchnęła w gwizdek. - Pamiętajcie: kaski na głowy, patrzeć przed siebie i praca zespołowa!
Jamal ruszył do przodu, czując na twarzy chłodne powietrze. Obejrzał się. Ben pedałował, ale powoli. Pierwsza wskazówka była łatwa: "Znajdź mural z księżycem i mango". Jamal już go widział, kolory rozlane na ścianie na końcu ulicy Dębowej.
Podniósł głos, by przekrzyczeć wiatr. - Ścigamy się!
Ben nie odpowiedział.
Przejechali obok szkoły. Namalowane na chodniku odciski łap wyblakły po zimie pełnej butów. Jamal z lekkością zeskoczył z niskiego krawężnika i wylądował pewnie. Opona Bena zahaczyła o krawędź i zgrzytnęła. Skrzywił się i poprawił chwyt.
Na muralu księżyc uśmiechał się z wiru w kolorze indygo, a z gałęzi kapały złote mango. Jamal zawsze uwielbiał tę ścianę. Miejscowy klub plastyczny co miesiąc dodawał drobne szczegóły. Zeskoczył z roweru i przejrzał dolny róg. Tam, ukryta w pomarańczowym liściu, była pierwsza naklejka: mały rower z numerem dwa.
Ben wzruszył ramionami i zaczął grzebać w plecaku. Wyjął szkicownik i otworzył go. Strony były głównie zapełnione szarymi ołówkowymi liniami. Żadnych neonowych krawędzi. Żadnych akcentów błękitu nieba czy złota mango. Szybko go zamknął.
Ruszyli dalej, omijając wózek i psa, którego uszy opadały jak ciasto na naleśniki. Na rogu targu rolniczego pachniało prażoną kukurydzą i bazylią. Sprzedawcy wykrzykiwali ceny. Dzieciak gonił uciekający balon, który uderzył w latarnię i zadrżał, zanim wzniósł się swobodnie. Jamal sięgnął po butelkę z wodą.
Na placu zabaw niebieska ścieżka wiła się jak rzeka przez zrębki drewna. Dzieci krzyczały z siatki do wspinaczki. Ławka przy huśtawkach miała deskę wytartą do gładkości przez lata rąk i dżinsów. Jamal przejechał po niej palcami, czując rowki i rozgrzaną słońcem farbę.
Spojrzał w dół. Jego uwagę przykuł bazgroł w rogu oparcia ławki: mały symbol narysowany ołówkiem - dwie kropki, kreska i przechylony prostokąt. To nie była część naklejek z podchodów. To było coś innego.
Ben już przejechał za bramę, wpatrując się w ziemię. - Co?
Ruszyli dalej, podążając za mapą przez boczne uliczki i przez ledwo wyczuwalny zapach deszczu z porannego zraszacza. Dwa razy Jamal musiał krzyczeć, w którą stronę skręcić, choć Ben zwykle znał te zakręty na pamięć.
Gdy dotarli do parkowej ławki przy stawie, wiatr zmierzwił wodę w drobne, srebrne płetwy. Wskazówka mówiła im, żeby sprawdzili spód ławki w poszukiwaniu kodu. Jamal przykucnął i znalazł pasek papieru przyklejony pod siedzeniem.
Ben stał przy rowerze, tocząc go o centymetr w przód i w tył, jakby nie mógł ustać w miejscu albo w ogóle się poruszyć.
Jamal odkleił taśmę i rozwinął papier. Litery były przekreślone i rozmieszczone w sposób, który rozpoznał. To nie był kod z biblioteki. To był ten, który Ben wymyślił w zeszłym semestrze, z zamienionymi samogłoskami i przesunięciem o trzy.
Ścisnęło mu się gardło. Wyjął ołówek. - Okej - szepnął. Napisał prawdziwe litery pod zaszyfrowanymi, a jego ręce poruszały się, jakby miały własną pamięć. Powstały dwa słowa, potem pięć.
Zamrugał. Wiadomość nie była wskazówką do naklejki. To była wiadomość do niego.
Nie czuję się sobą.
Hałas parku przycichł, jakby ktoś przekręcił gałkę głośności w lewo. Na stawie kaczka zanurzyła głowę i wynurzyła się, ociekając wodą, mrugając, jakby zdziwiona wodą. Ołówek Jamala zostawił lekką smugę na stronie.
Spojrzał na Bena. Usta Bena były zaciśnięte w sposób, który wyglądał bardziej na powstrzymywanie czegoś w środku niż odpychanie.
Ramiona Bena uniosły się i opadły. Podrapał się po pasku od kasku. - Bawiłem się kodami - powiedział, patrząc na ścieżkę. - Jakiś czas temu.
Następna wskazówka prowadziła do małego mostku przy fontannie. "Zróbcie sobie selfie drużynowe z mostem w tle". Jamal pomyślał o ruszeniu dalej, o uśmiechaniu się do zdjęcia, publikowaniu i oznaczaniu. Pomyślał o kartce, która wciąż była ciepła w jego dłoni.
Płynnie podjechali do mostu. Wygięty w łuk nad wolno płynącą wodą, jego poręcz była gładka pod dłońmi. Inne drużyny zbierały się tam, śmiejąc się i podnosząc telefony. Jamal oparł rower o barierkę i podniósł swój telefon.
Ben został krok z tyłu, w cieniu. Wiatr uniósł róg jego koszulki. - Jestem po prostu zmęczony - powiedział. Słowa te brzmiały, jakby były już zbyt wiele razy mówione zbyt wielu osobom. - Nie chcę być problemem.
Za nimi rozległ się okrzyk radości, gdy jedna z drużyn zrobiła głupią pozę. Kciuk Jamala zawisł nad przyciskiem aparatu. Jego pierwszy instynkt odezwał się głośno: "Zażartuj. Zacznij wyścig. Przejdź przez to. Napraw to".
Spojrzał ponownie na Bena. Tego samego przyjaciela, który nauczył go kodu, który ścigał się z nim ze wzgórza przy szkole, który zawsze przynosił neonowoniebieski marker, bo "każda mapa zasługuje na niebo". Ręka Bena stukała w barierkę, stuk, stuk, stuk, a potem przestała, palce spłaszczyły się, jakby kazał im być cicho.
Przypomniało mu się zdanie z lekcji wychowawczej. Pani Ortiz stojąca przy plakacie z napisem: "Sprawdź, czy wszystko gra". "Jeśli coś wydaje się zbyt duże, by dzieci mogły sobie z tym poradzić same, powiedzcie o tym. Włączcie zaufanego dorosłego".
Słowa w dłoni Jamala zaświeciły jak znak. "Nie czuję się sobą".
Jamal opuścił telefon. - Hej - powiedział, teraz już pewnym głosem. - Zróbmy przerwę w wyścigu.
Spojrzenie Bena przeskoczyło na niego. Zdziwienie, potem zmartwienie. - Przegramy - powiedział.
Ben się nie ruszył.
Usta Bena drgnęły, prawie w uśmiechu, prawie we wzdrygnięciu. Po chwili przerzucił nogę przez rower.
Jechali powoli, hamulce szeptały na zjeździe. Jamal dotrzymywał kroku, pół koła za nim, jakby asekurował przyjaciela na trudnej rampie. Na placu przed biblioteką stolik rejestracyjny stał pod pasiastym daszkiem. Stos dodatkowych kasków wyglądał jak kupa skorup żółwi. Pani Ortiz stała obok pana Ahmeda z biblioteki i pani Kim, szkolnej pedagog, rozdając naklejki i kubki z wodą.
Jamal oparł rower i podszedł, z zapiętym jeszcze paskiem kasku. Serce biło mu jednocześnie z ekscytacji i strachu.
Brwi pani Ortiz złagodniały. - Oczywiście - powiedziała. Skinęła głową w stronę cichszego kąta przy drzewie w donicy. Pani Kim poszła z nimi, jej głos był niski i spokojny jak letni wieczór.
Jamal przestąpił z nogi na nogę. Nie był przyzwyczajony do rozmawiania z dorosłymi o czymkolwiek, co nie dotyczyło ocen czy przerzutek. Spojrzał na Bena. - Znalazłem notatkę - powiedział i wyciągnął kartkę. Nie powiedział wszystkiego. Nie musiał. Położył ją na stole między nimi.
Ben wpatrywał się w pochyłe litery. Jego szczęka zacisnęła się, a potem rozluźniła. - To moje - powiedział, patrząc na dłonie pani Kim, które leżały nieruchomo. - Napisałem to jakiś czas temu. Ciągle myślę, że poczuję się normalnie, jeśli będę więcej spał albo rysował, albo... ale to tak, jakby ktoś przygasił światła i zapomniał je z powrotem zapalić.
Pani Kim skinęła głową, nie za szybko, nie za wolno. - Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś - powiedziała. - Dziękuję wam obu. - Spojrzała na Jamala. - Pomaganie nie oznacza naprawiania - stwierdziła. - Oznacza bycie obok, słuchanie i włączanie w to odpowiednich dorosłych. I ty to zrobiłeś.
Jamal wypuścił powietrze, nie zdając sobie sprawy, że je wstrzymywał. Jego palce odcisnęły półksiężyc na dłoni.
Ramiona Bena opadły, jakby ktoś zdjął mu z pleców ciężki plecak. Skinął głową. - Okej - powiedział, a jego głos się nie załamał.
Spędzili tam dziesięć, może dwadzieścia minut. Jamal napisał do mamy, że wróci później i dlaczego. Razem z Benem pili zimną wodę, która zostawiała na stole mokre kręgi. Dźwięki wyścigu unosiły się wokół nich - dzwonki, śmiech, megafon bibliotekarki przypominający wszystkim, by uważali na przejściach dla pieszych.
Nie wygrali. Jamal nawet nie wiedział, które miejsce zajęli. Kiedy wsiedli z powrotem na rowery, powietrze wydawało się mniej ostre. Pedłowali w kierunku ulicy Dębowej, mijając targ, na którym pakowano skrzynki, mijając dzieciaka, który śmiał się, w końcu przydeptując butem sznurek uciekającego balonu.
Przy muralu kilku nastolatków z klubu plastycznego domalowywało pnącze w rogu. O ścianę oparty był stołek. Indygo księżyc patrzył.
Ben się zatrzymał. Zdjął plecak i rozpiął boczną kieszeń. Przez chwilę jego ręce szukały po omacku, jakby nie wiedziały, czego szukają. W końcu wyciągnął jeden marker. Był błękitny, z pękniętą, ale wciąż trzymającą się skuwką.
Ben przetestował końcówkę na kciuku. Zostawiła cienką, jasną linię. - Hm - mruknął, a tym razem w tym dźwięku było coś z małego cudu.
Zerknął na nastolatków z klubu plastycznego. - Mogę dodać mały pasek? - zapytał.
Jedna z nich, dziewczyna z farbą na dżinsowej kurtce, skinęła głową. - Na krawędzi liścia - powiedziała. - Śmiało.
Ben podszedł i sięgnął. Narysował krótką smugę wzdłuż cienia liścia mango. Nie rzucała się w oczy. Nie krzyczała. Ale błękit wślizgnął się w złoto i sprawił, że wyglądało trochę bardziej żywe, jakby właśnie dotknął go wiatr.
Jamal stał jedną nogą na krawężniku, a drugą na ulicy. Popołudniowe światło nabłyszczało wszystko - cegłę, gałęzie, małą linię potu na skraju włosów Bena.
Ben zamknął marker i schował go. Nie uśmiechnął się szeroko. Ale jego twarz otworzyła się odrobinę, jak okno uchylone, by wpuścić powietrze.
Wskoczyli z powrotem na rowery. Opony toczyły się po namalowanych na chodniku opadłych liściach mango. Jamal sprawdził drogę i dostosował tempo do Bena, nie naciskając, nie zostając w tyle. Ktoś podkręcił głośność na tyle, że znów słyszeli miasto - westchnienia hamulców autobusu, szczeknięcie psa, pisk dziecka na widok gołębia.
Na rogu, po drugiej stronie ulicy, pani Ortiz pomachała im z kciukiem w górze, który niczego nie wymagał. Jamal odwzajemnił gest. Czuł złożoną notatkę w kieszeni, już nie jako ciężar, ale jako przypomnienie. Istnieją mapy, którym brakuje kolorów. Ale istnieją też flamastry, o których mogłeś zapomnieć, że je masz przy sobie.
Pedałowali do domu w późnym świetle, dwa rowery, równo i obok siebie.
Festiwal, znaleziony dziennik i wybór o wschodzie słońca
Czytaj →